Patrzyłam na tą gębę z niedowierzaniem. To jednak jest kosmita. Musi być. Jak w Facetach w czerni, tylko jego nie da się kontrolować.
Powoli przed oczami zaczęły mi przelatywać rzeczy, których tak naprawdę nie widziałam. Na moją kożyść obok siedziała Niejaka Ania, która już dawno nastawiła się na "Jak zacznie zasypiać - trzepnąć w ucho". Trochę zabolało, ale poskutkowało. Rozejrzałam się po klasie. Osobiście już dawno doszłam do wniosku, że na lekcjach prowadzonych przez naszego wychowawcę mogę się najwyżej czegoś oduczyć, nie nauczyć.
Facet ostatnio każe nam wykonywać ryzykowne zadania. Najpierw usłyszeliśmy ze sto razy polecenie "Przekształć zdania i odpowiedz". Pomyślałam, że skoro zadaje pytanie: "When did you see monster last time?", to ktoś zapewne wpadnie na pomysł, żeby szczerze odpowiedzieć. Z tylnych części klasy dał się słyszeć czyjś głos:
-I see monster now.
Nie jest łatwo stłumić śmiech, kiedy po takim tekście spojrzy się na facjatę profesorka - zorganizowany ciąg przyszczy układających się w pełną zrozumienia minę.
-Wydaje mi się, że to nie najlepiej świadczy o tym, kto to powiedział, a także o tych, którzy się śmieją. Kolega mógłby się poczuć urażony.
Myster Wycho jak zwykle skapował to na swój własny, pryszczaty, inteligentny sposób.
Swoją drogą ciekawe jak to jest tak sobie żyć w swoim świecie. Chyba nieźle. Zawsze słyszysz to, co chcesz, w ogóle nie przejmujesz się tym, że ktoś mówi coś do ciebie - ty tylko kontynuujesz to, co mówiłaś przed chwilą. Co z tego, że inni mają z ciebie słodką polewkę, ty i tak żyjesz w błogiej nieświadomości.
Moje rozważania przerwał zbawczy dzwonek, jak zwykle w ostatniej chwili. Po lekcjach angielskiego zawsze czuję się, jakbym wychodziła z psychiatryka. Wydaje mi sie, że te lekcje to zakamuflowane testy na wytrzymałość psychiczną. Pewnego słonecznego dnia nerwy nam puszczą, a wtedy monster uśmiechnie się (po raz pierwszy) i powie: "joke!" albo: "Mamy cię!"
Normalny człowiek po jednej lekcji z nim wychodzi w milczeniu, idzie do jakiegoś parku, siada na ławeczce, chwilę usiłuje myśleć, po czym dochodzi do wniosku, że ktoś ograbił go ze sporej części szarych komórek.
Ledwo do mnie dotarło, że już mogę jechać do domu. Uradowane zbiegłyśmy z Niejaką Anią po schodach, żeby przy drzwiach nadziać się na Całkiem Ciekawe Coś. Na drzwi ktoś nalepił karteczkę:
Z uwagi na awarię
drzwi wyjście ze
szkoły od strony
ogródka.
No tak. Skomplikowany mechanizm oparty na dwóch zawiasach zawiódł... może ktoś odciął dopływ prądu? A to niedobrota.
Co do ogródka...cóż. Wyszłyśmy na to to i oceniłyśmy sytuację. Był zadbany. Rosły w nim samochody, garaże i warsztat a wokół nich rosła piękna, dokładnie przystrzyrzona trawa z gatunku kostki brukowej. Jak miło.
Sam budynek też wyglądał niezwykle przyjemnie. Nie rozumiem, dlaczego wszystkim przypominał szpital dla wariatów. Powiedziałam o tym Niejakiej Ani.
-W sensie... On właśnie tak wygląda - odparła.
Przez umysł przeleciało mi dzikie stado naucycieli z Monsterem na czele - każdy zapatrony w przedmiot, którego naucza (lub raczej próbuje nauczać), każdy z innym zboczeniem, każdy normalny po swojemu. Kiedy tętent kopyt... tfu! cichy tupocik nóżek ustał odpowiedziałam:
-Ależ skąd.
***
Autobus wtoczył swoje brudne cielsko na dworzec. Rozpaczliwie chwytając świeże (nazwijmy je tak - umownie) powietrze wyczołgałam się z czeluści komunikacji miejskiej. Jazda zatłoczonym autobusem nie jest taka zła. Nie trzeba się niczego trzymać, można nawet spokojnie podnieść obie nogi a i tak się nie przewrócisz. Doczłapałam do okienka biletowego - nowy bilet czeka na nową panią. Moim oczom ukazał się czarujący widok Babska okienkowego. To mi trzeba przyznać - mam wyczucie! Obojętnie o jakiej porze nie przyjdę, zawsze trafiam na tą poczwarę.
-Poproszę miesięczny za 50 zł.
Babsko pogardliwie obrzuciło mnie spojrzeniem sugerującym: "A idź i nie wracaj, to może będę miła".
-Ale jaki bilet?
-No ten za 50 zł. Ulgowy, miesięczny - cóż jeszcze mogłam powiedzieć.
-Ale jaki?!
Usiłowałam przypomnieć sobie inny bilet za 50 zł. niż ten, o który prosiłam.
-Tu obok wisi cennik, popatrz sobie i dopiero zawracaj mi głowę!
Ach, zapomniałabym. Siedząca w kanciapie biletowej baba z całą pewnością ma sporo spraw do załatwienia. Spróbowałam inaczej.
-To poproszę ten za 52 zł.
Babsko poddało się i wydało mi bilet. To w końcu o 2 zł. więcej. No i znowu sprawdziła się zasada: "Jeśli nie wiesz o co chodzi to chodzi o pieniądze". Załamałam ręce i poczłapałam do domu.

Po prierwszej notce. Osobiście niezbyt ją lubię, ale szkoła zlasowała mi mózg *udaje, że coś tam wcześniej było* no i nie jestem w stanie do konkretnego wysiłku umysłowego.